Kto kandyduje na prezydenta Brazylii w 2026 roku? Wszyscy potwierdzeni kandydaci

Brazylia znów wybiera prezydenta! Pierwsza tura wyborów odbędzie się 4 października 2026 roku, a jeśli żaden z kandydatów nie zdobędzie ponad połowy ważnych głosów, na 25 października czeka nas druga tura. To jedne z najbardziej emocjonujących wyborów od lat – kraj wciąż jest podzielony między lewicę skupioną wokół Luli a prawicę, która po raz pierwszy od czasu więzienia Jaira Bolsonaro musi znaleźć nowego lidera zdolnego zjednoczyć rozdrobnioną scenę.

15 sierpnia 2026 roku minął ostateczny termin rejestracji kandydatur w Trybunale Wyższym Wyborczym (TSE), a wcześniej, do 5 sierpnia, partie musiały przeprowadzić swoje konwencje krajowe. W efekcie o fotel prezydenta ubiega się trzynastu kandydatów – od urzędującego prezydenta walczącego o czwartą kadencję, przez syna byłego prezydenta odsiadującego wyrok, po psychiatrę-bestsellerowego autora, rapera-nauczyciela historii i influencera, który formalnie nie powinien w ogóle się na liście znaleźć. Część z nich to realni pretendenci do władzy, inni startują głównie po to, by promować swoje idee i partie, wykorzystując bezpłatny czas antenowy, jaki brazylijskie prawo gwarantuje każdej zarejestrowanej kandydaturze.

Jak w ogóle zostaje się kandydatem w Brazylii? Krótko o konwencjach i rejestracji

Zanim przejdziemy do samych nazwisk, warto na chwilę zatrzymać się przy tym, jak to trzynastu ludzi w ogóle znalazło się na liście. W Brazylii kandydatem na prezydenta nie można zostać w pojedynkę – zgłoszenie musi poprzedzić oficjalna konwencja partyjna, podczas której delegaci formalnie zatwierdzają kandydata i jego kandydata na wiceprezydenta. W 2026 roku wszystkie konwencje musiały odbyć się do 5 sierpnia. Zaraz potem, do 15 sierpnia, sztaby miały czas na złożenie dokumentów rejestracyjnych w Trybunale Wyższym Wyborczym (TSE) – łącznie z obowiązkową deklaracją majątkową, która później trafia do publicznego rejestru i którą będę jeszcze niejednokrotnie przywoływać w tej serii.

Partie mogą też startować samodzielnie (tzw. chapa pura, czyli "czysta lista" złożona wyłącznie z członków jednego ugrupowania) albo tworzyć szersze koalicje wyborcze, jak zrobiła to Partia Pracujących Luli, budując sojusz obejmujący aż siedem partii. Każdej zarejestrowanej kandydaturze przysługuje też coś, czego próżno szukać w Polsce: bezpłatny czas antenowy w telewizji i radiu (tzw. horário eleitoral gratuito), którego długość zależy od siły parlamentarnej reprezentowanej partii lub koalicji – to jeden z głównych powodów, dla których w Brazylii w wyścigu prezydenckim w ogóle opłaca się startować nawet bez realnych szans na zwycięstwo. O samym systemie wyborczym – urnach elektronicznych, obowiązkowym głosowaniu czy numerach partii – pisałam już osobno w przewodniku po brazylijskich wyborach, więc jeśli interesują Was takie techniczne detale, koniecznie zajrzyjcie tam po lekturze tego tekstu.

Faworyci wyścigu: Lula, Flávio Bolsonaro i Ronaldo Caiado

Zanim przejdę do pełnej listy, warto od razu zaznaczyć, że w praktyce ten wyścig sprowadza się do trójki nazwisk – reszta stawki walczy raczej o widoczność i przetrwanie polityczne niż o realną szansę na Palácio do Planalto.

Luiz Inácio Lula da Silva (PT) – 80-letni obecny prezydent startuje w swojej siódmej kampanii prezydenckiej, co jest rekordem, którego chyba nikt w brazylijskiej polityce nie pobije. Kandyduje z Geraldo Alckminem (PSB) jako wiceprezydentem – tym samym duetem, który rządzi krajem od 2023 roku, a jednocześnie tym samym politykiem, którego Lula pokonał w wyścigu prezydenckim w 2006 roku. Lula to postać-instytucja: były związkowiec i twórca programów socjalnych, które wyciągnęły miliony Brazylijczyków z biedy, ale też polityk, który spędził rok i siedem miesięcy w więzieniu w ramach śledztwa Lava Jato (wyrok później unieważnił Sąd Najwyższy, uznając brak jurysdykcji sądu i stronniczość prowadzącego sprawę sędziego). Jego program na czwartą kadencję opiera się przede wszystkim na kontynuacji już wdrażanych polityk: rozbudowie Bolsa Família, zniesieniu tzw. skali pracy 6x1 (sześć dni pracy, jeden dzień wolnego) na rzecz krótszego cyklu, wzmocnieniu państwowego koncernu Petrobras oraz dalszej walce z zorganizowaną przestępczością poprzez "finansowe duszenie" grup przestępczych. Napisałam już o nim osobny, dużo obszerniejszy tekst – zajrzyjcie tutaj, jeśli chcecie poznać całą jego burzliwą historię, od utraty palca w fabryce po powrót z więzienia na szczyt władzy.

Flávio Bolsonaro (PL) – 45-letni senator z Rio de Janeiro i najstarszy syn Jaira Bolsonaro to obecnie główny kandydat prawicy, ponieważ sam Jair Bolsonaro nie może startować, odbywając karę więzienia po skazaniu za próbę zamachu stanu. Flávio startuje z Alfredem Gasparem jako wiceprezydentem. W polityce jest od czterech kadencji w sejmiku Rio de Janeiro, a w 2018 roku zdobył ponad 4 miliony głosów w wyborach do Senatu – rekord w historii tego stanu. To on w rodzinie Bolsonaro od lat pełni rolę "twardej ręki" i głównego stratega. Jego program opiera się na twardej polityce bezpieczeństwa: uznaniu grup przestępczych za "organizacje narkoterrorystyczne", budowie pięciu nowych więzień o zaostrzonym rygorze, sprzeciwie wobec kwot rasowych na uczelniach i – co nie jest zaskoczeniem – ułaskawieniu ojca.

Ronaldo Caiado (PSD) – 76-letni lekarz ortopeda i były gubernator stanu Goiás (2019–2026) próbuje pozycjonować się jako kandydat "pojednania" – trzecia droga między Lulą a obozem Bolsonaro. Kandyduje z Gilbertem Kassabem. To postać z długim stażem: w polityce działa od połowy lat 80., kiedy założył kontrowersyjną organizację rolniczą União Democrática Ruralista (UDR), w Kongresie zasiadał przez pięć kadencji, a o prezydenturę ubiegał się już w 1989 roku, zdobywając wtedy mniej niż 1 procent głosów. Jego program zakłada szeroką amnestię dla uczestników zamieszek z 8 stycznia 2023 roku, uznanie karteli przestępczych za organizacje terrorystyczne, cięcia budżetowe o 25 procent we wszystkich trzech władzach oraz przetwarzanie surowców krytycznych w kraju zamiast eksportu surowca.

Prawicowi rywale poza dwoma blokami: Renan Santos i Romeu Zema

Poza trójką faworytów po prawej stronie sceny politycznej rywalizuje jeszcze dwóch kandydatów, którzy – mimo podobnej retoryki bezpieczeństwa i krytyki obecnego rządu – ostro się ze sobą kłócą o to, kto jest "prawdziwym" reformatorem.

Renan Santos (Missão) to współzałożyciel ruchu Movimento Brasil Livre (MBL), który zbudował organizację uliczną protestującą przeciwko rządom Dilmy Rousseff, a następnie przekształcił ją we własną partię polityczną. 42-letni działacz, startujący po raz pierwszy w wyborach prezydenckich, kandyduje z Aroldo "Coronelem" Mediną, byłym oficerem policji wojskowej stanu Rio Grande do Sul. Sam siebie opisuje jako "Milei w formie, a Bukele w treści" – łącząc nieformalny, konfrontacyjny styl argentyńskiego prezydenta z twardym, punitywnym podejściem do przestępczości na wzór Salwadoru. Chce federalnej interwencji na terenach kontrolowanych przez gangi, likwidacji faweli w ciągu dekady i zastąpienia Bolsa Família programami pracy. O tym, skąd się wzięła jego kariera i dlaczego sam Javier Milei poparł akurat jego rywala, pisałam obszerniej tutaj.

Romeu Zema (Novo) – biznesmen o gospodarczo liberalnych poglądach i były gubernator Minas Gerais, gdzie rządził przez osiem lat, zanim zrezygnował z funkcji, by w pełni poświęcić się kampanii. Startuje z senatorem Eduardo Girão. Podobnie jak Caiado opowiada się za ułaskawieniem Bolsonaro, ale idzie dalej – postuluje impeachment sędziów Sądu Najwyższego, a w ostatnich miesiącach kampanii przeszedł na dużo bardziej konfrontacyjny ton, publikując serię satyrycznych filmików z kukiełkami przedstawiającymi sędziów STF. Jego program, "Plano Implacável", zakłada między innymi wyjście Brazylii z bloku BRICS, dążenie do członkostwa w OECD oraz wpłatę 1000 reali inwestowaną na start życiowy każdego nowo narodzonego dziecka. Mimo bogatego doświadczenia rządzenia i sporego majątku utknął w sondażach na poziomie kilku procent – dlaczego, wyjaśniam w osobnym tekście.

Trzecia droga bez politycznego zaplecza: Augusto Cury

Augusto Cury (Avante) to zdecydowanie najbardziej nietypowa postać w tym gronie: 67-letni psychiatra i jeden z najczęściej czytanych na świecie autorów książek psychologicznych, którego tytuły ("Sprzedawca snów", "Najbardziej inteligentny człowiek w historii") ukazały się też po polsku. W polityce debiutuje, startując z Júliem Delgado jako wiceprezydentem, i stawia na swoje doświadczenie w rozwiązywaniu konfliktów międzyludzkich jako główny atut kampanii, proponując między innymi skrócenie tygodnia pracy do modelu 5x2. Bez zaplecza partyjnego i realnej machiny wyborczej jego kandydatura ma raczej charakter promocyjny niż realną szansę na drugą turę, ale to właśnie od niego zaczęłam tę serię – przeczytajcie, dlaczego psychiatra postanowił zostać prezydentem.

Skrajna lewica w komplecie: trzej kandydaci na tej samej flance

Ciekawostką tegorocznego wyścigu jest to, że skrajna lewica wystawiła aż trzech kandydatów, reprezentujących różne odłamy tej samej tradycji ideologicznej – od trockizmu po marksizm-leninizm.

Hertz Dias (PSTU) to 55-letni nauczyciel historii w szkole publicznej w stanie Maranhão, a przy okazji raper i działacz ruchu czarnoskórych Brazylijczyków. Startuje z Vanessą Portugal, liderką związku nauczycielskiego z Minas Gerais. Jego program zakłada zniesienie skali pracy 6x1 bez obniżki płac i skrócenie tygodnia pracy do 36 godzin, demilitaryzację policji, dekryminalizację narkotyków i aborcji, a także tytuły własności ziemi dla społeczności kilombo (potomków zbiegłych niewolników). To kandydatura wyraźnie pozycjonowana zarówno przeciwko prawicy, jak i przeciwko rządowi Luli, który zdaniem PSTU nie jest wystarczająco radykalny.

Edmilson Costa (PCB) to 76-letni ekonomista, wykładowca akademicki i sekretarz generalny Brazylijskiej Partii Komunistycznej. Kandyduje z Cleusą Santos. Postuluje przejście do socjalizmu jako alternatywy dla kapitalizmu, renacjonalizację sprywatyzowanych przedsiębiorstw strategicznych, audyt długu publicznego, cofnięcie reform pracowniczej i emerytalnej oraz politykę zagraniczną opartą na solidarności z krajami globalnego Południa i ograniczeniu wpływów Stanów Zjednoczonych.

Rui Costa Pimenta (PCO) to 69-letni dziennikarz i związkowiec, który w 1980 roku współtworzył Partię Pracujących razem z Lulą, ale zerwał z nią w 1992 roku, zakładając trzy lata później własną, znacznie bardziej radykalną Partię Sprawy Robotniczej. Startuje z Antôniem Carlosem Silvą, także z PCO. Jego kampania koncentruje się na walce klasowej, obronie suwerenności narodowej i krytyce imperializmu – w duchu klasycznego, trockistowskiego marksizmu, bez większych ustępstw wobec współczesnej retoryki centrolewicy.

Dwie w pełni żeńskie listy: Samara Martins i Clariana Barão

Jednym z ciekawszych detali tegorocznego wyścigu jest to, że aż dwie partie postawiły na kandydatki w duecie z kandydatkami na wiceprezydentki – coś, czego próżno szukać wśród faworytów wyścigu.

Samara Martins (UP) to 38-letnia dentystka pracująca w publicznym systemie zdrowia SUS i działaczka Zjednoczonej Partii Robotniczej, wywodząca się z ruchów kobiecych i czarnoskórej lewicy. Startuje z Raquel Brício, strażniczką portową i liderką związkową z Pará – kampania otwarcie podkreśla, że jest to lista "w 100 procentach żeńska". Program Martins postuluje zniesienie outsourcingu, likwidację skali 6x1, nacjonalizację banków i przedsiębiorstw strategicznych, podatek od wielkich fortun oraz zawieszenie spłat części długu publicznego.

Clariana Barão (DC) to prawniczka specjalizująca się w prawie administracyjnym i regularyzacji gruntów, startująca z Fabianą Torquato – podobnie jak w przypadku Samary Martins, to całkowicie żeński duet, choć na zupełnie przeciwnym biegunie ideologicznym: Demokracja Chrześcijańska to partia centroprawicowa, konserwatywna obyczajowo. Barão koncentruje kampanię na ochronie praw kobiet, przeciwdziałaniu przemocy domowej i ochronie dzieci.

Pablo Marçal: kandydat, którego formalnie nie powinno być na liście

Pablo Marçal (PRTB) to 39-letni biznesmen, trener rozwoju osobistego i influencer, który zdobył ogólnokrajową rozpoznawalność podczas kampanii na urząd burmistrza São Paulo w 2024 roku, kończąc ją na trzecim miejscu. Startuje z Leonardem Avalanche jako wiceprezydentem. Jego kandydatura jest jednak wyjątkowo kontrowersyjna z jednego powodu: w związku z tamtą kampanią z 2024 roku został skazany na osiem lat niewybieralności za nadużycie władzy politycznej i ekonomicznej oraz niedozwolone wykorzystanie mediów, a Regionalny Trybunał Wyborczy w São Paulo (TRE-SP) jednomyślnie podtrzymał tę niewybieralność aż do 2032 roku. Mimo to Marçal zarejestrował swoją kandydaturę na prezydenta dzięki tymczasowej decyzji sądowej (liminar), która pozwoliła mu formalnie wystartować, podczas gdy spór o jego rzeczywistą wybieralność wciąż toczy się w sądach. Do tego dochodzi kolejna decyzja TSE zakazująca mu wykorzystywania oficjalnych środków kampanii wyborczej. Innymi słowy: nazwisko Marçala widnieje na karcie, ale to, czy jego głosy w ogóle zostaną ostatecznie uznane, pozostaje prawnie niepewne aż do rozstrzygnięcia sprawy – sytuacja bez większego precedensu w skali prezydenckiej.

Wilson Grassi: debiutant bez rozgłosu

Wilson Grassi (Democrata) to 56-letni weterynarz, pierwszy w historii kandydat na prezydenta z ramienia tej partii (dawniej działającej pod nazwą PMB), startujący z Suêd Haidar. Ma za sobą doświadczenie w organizacjach weterynaryjnych i był zaangażowany w powstanie pierwszego w Brazylii publicznego szpitala weterynaryjnego dla psów i kotów. Jego program łączy nietypowe podejście podatkowe – jeden podatek federalny w wysokości 2 procent od wszystkich transakcji finansowych, zastępujący kilka obecnie obowiązujących danin – z podniesieniem progu zwolnienia z podatku dochodowego do pięciu pensji minimalnych oraz twardym stanowiskiem wobec przestępczości zorganizowanej, wzorowanym częściowo na Salwadorze. To kandydatura, o której najprawdopodobniej usłyszycie najmniej ze wszystkich trzynastu – ale formalnie ma dokładnie takie same prawo do udziału w debatach i bezpłatnego czasu antenowego, co Lula czy Flávio Bolsonaro.

Co mówią sondaże na starcie kampanii?

Według sondażu instytutu Datafolha, przeprowadzonego 18–20 sierpnia 2026 roku na próbie 2058 osób (margines błędu ±2 punkty procentowe), rozkład głosów w pierwszej turze wygląda następująco: Lula (PT) 39 procent, Flávio Bolsonaro (PL) 33 procent, Ronaldo Caiado (PSD) 5 procent, Renan Santos (Missão) 4 procent, Romeu Zema (Novo) 3 procent, Pablo Marçal (PRTB) i Augusto Cury (Avante) po 2 procent, a pozostali kandydaci – w tym Samara Martins, Hertz Dias, Edmilson Costa, Rui Costa Pimenta, Clariana Barão i Wilson Grassi – po 1 procencie lub mniej. Niezdecydowani, głosy nieważne i puste to łącznie 11 procent. W symulacji ewentualnej drugiej tury Lula prowadzi z wynikiem 47 procent wobec 43 procent dla Flávia Bolsonaro, choć przewaga lidera w ostatnich tygodniach nieznacznie się zmniejszyła.

Do tego dochodzi drugi istotny wskaźnik: ocena samego urzędowania Luli. Według sondażu instytutu PoderData/Aya, przeprowadzonego 23–26 sierpnia 2026 roku na próbie 2400 osób w 555 gminach we wszystkich 27 stanach Brazylii, rząd Luli jest oceniany pozytywnie przez 42 procent respondentów, a negatywnie przez 51 procent. To obraz kraju podzielonego niemal po równo w ocenie obecnej kadencji, co dobrze tłumaczy, dlaczego cała reszta stawki – poza Fláviem Bolsonaro – wciąż nie potrafi przebić się powyżej kilku procent poparcia, mimo że część z tych kandydatów (jak Caiado czy Zema) ma za sobą realne doświadczenie rządzenia dużymi stanami.

Dlaczego w Brazylii kandyduje aż trzynastu ludzi?

Z samej liczby trzynastu kandydatów Polacy nie muszą się zresztą aż tak dziwić – w polskich wyborach prezydenckich też potrafi wystartować kilkunastu chętnych. Różnica leży gdzie indziej: w Brazylii niemal każdy z tych kandydatów reprezentuje osobną, realnie zarejestrowaną i formalnie działającą partię polityczną, a nie komitet wyborczy powołany na potrzeby jednej kampanii. Zarejestrowanych partii jest w Brazylii kilkadziesiąt, z czego spora część to niewielkie ugrupowania ideologiczne, które w Kongresie mają najwyżej pojedynczych posłów albo nie mają ich wcale, a mimo to nigdy nie miały i nie będą miały realnych szans na przejęcie władzy wykonawczej.

To nie przypadek, tylko efekt konkretnych zachęt systemowych, o których wspominałam już na początku tego tekstu: bezpłatny czas antenowy w telewizji i radiu, prawo udziału w debatach telewizyjnych oraz możliwość budowania rozpoznawalności partii na cztery lata przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. Dla partii takich jak PSTU, PCB czy PCO kandydowanie na prezydenta nie jest próbą realnego zdobycia władzy, tylko formą politycznej edukacji publicznej i utrzymania widoczności ideologicznej – a w przypadku kandydatek takich jak Samara Martins czy Clariana Barão, także sposobem na pokazanie, że polityka może wyglądać inaczej niż w wykonaniu głównych, zdominowanych przez mężczyzn bloków.

Dlaczego to w ogóle powinno Was interesować, jeśli mieszkacie w Polsce?

Może się wydawać, że śledzenie trzynastu nazwisk z odległego o kilkanaście tysięcy kilometrów kraju to zajęcie dla wąskiej grupy entuzjastów polityki latynoamerykańskiej. Myślę jednak, że warto poświęcić temu chwilę z kilku bardzo konkretnych powodów. Po pierwsze – jeśli macie brazylijskiego partnera, partnerkę albo brazylijskich znajomych, te wybory będą tematem numer jeden ich rozmów przez najbliższe dwa miesiące, niezależnie od tego, gdzie mieszkają. Zrozumienie, kto jest kim i o co się kłócą, ułatwia po prostu bycie częścią tej rozmowy, a nie tylko biernym słuchaczem.

Po drugie, ten wyścig to w pewnym sensie zwierciadło, w którym widać, jak inaczej niż w Polsce może wyglądać demokracja wielopartyjna z realnie kilkunastoma siłami politycznymi w grze, a nie kilkoma głównymi blokami. Trzynastu kandydatów, dwie w pełni żeńskie listy, kandydat z formalnym zakazem startu i psychiatra-bestsellerowy autor na jednej karcie do głosowania – to obraz sceny politycznej dużo bardziej rozdrobnionej i różnorodnej niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie Środkowej, i myślę, że to sam w sobie ciekawy temat do obserwowania, niezależnie od tego, komu kibicujecie.

Po trzecie – i to być może najważniejsze dla planujących wyjazd do Brazylii w najbliższych miesiącach – wynik tych wyborów będzie miał realny wpływ na kurs reala, politykę wizową, ceny i ogólny nastrój społeczny w kraju, który odwiedzacie. Dlatego właśnie warto śledzić tę serię do samego końca, a nie tylko przeczytać dzisiejszy przegląd i zapomnieć o temacie do października.

Najczęściej zadawane pytania o kandydatów na prezydenta Brazylii 2026

Ilu kandydatów zarejestrowano ostatecznie na prezydenta Brazylii w 2026 roku? Trzynastu. Rejestracja zamknęła się 15 sierpnia 2026 roku w Trybunale Wyższym Wyborczym (TSE), po zakończeniu partyjnych konwencji krajowych, które musiały się odbyć do 5 sierpnia.

Kto jest zdecydowanym faworytem wyścigu? Według sierpniowych sondaży Datafolha liderem jest urzędujący prezydent Lula (PT) z 39 procentami poparcia, a tuż za nim plasuje się Flávio Bolsonaro (PL) z 33 procentami. Reszta kandydatów notuje wyniki jednocyfrowe, poniżej 5 procent.

Czy druga tura jest pewna? Nic w brazylijskiej polityce nie jest pewne do końca, ale przy obecnym rozdrobnieniu sceny politycznej i rozkładzie poparcia druga tura między Lulą a Fláviem Bolsonaro wydaje się scenariuszem zdecydowanie najbardziej prawdopodobnym.

Dlaczego Pablo Marçal w ogóle mógł zarejestrować kandydaturę, skoro jest niewybieralny do 2032 roku? Regionalny Trybunał Wyborczy w São Paulo jednomyślnie podtrzymał jego niewybieralność wynikającą ze skazania za kampanię z 2024 roku, ale tymczasowa decyzja sądowa (liminar) pozwoliła mu formalnie zarejestrować kandydaturę, podczas gdy spór prawny wciąż się toczy. Do tego dochodzi osobny zakaz wykorzystywania przez niego oficjalnych środków kampanijnych.

Które kandydatury są w pełni żeńskie? Dwie: Samara Martins z Raquel Brício (Zjednoczona Partia Robotnicza, UP) oraz Clariana Barão z Fabianą Torquato (Demokracja Chrześcijańska, DC) – mimo że reprezentują zupełnie przeciwne bieguny sceny politycznej, obie kampanie otwarcie podkreślają, że są to listy złożone wyłącznie z kobiet.

Ile partii politycznych reprezentują kandydaci na prezydenta w tym wyścigu? Trzynastu kandydatów reprezentuje trzynaście różnych partii: PT, PL, PSD, Novo, Missão, Avante, PSTU, PCB, PCO, UP, DC, PRTB oraz Democrata – co dobrze pokazuje, jak rozdrobniony i wielobarwny jest brazylijski system wielopartyjny w porównaniu z Polską.

Previous
Previous

Augusto Cury: pisarz, którego książki macie na półce, chce zostać prezydentem Brazylii

Next
Next

Brazylia kontra Argentyna: skąd się wzięła największa rywalizacja Ameryki Południowej?